środa, 8 grudnia 2010

na wzgórzu Sacromonte


            Wizytę w Granadzie zazwyczaj rozpoczyna się od zwiedzania Barrio Albaicín. To słuszna decyzja, bo ta dzielnica przenosi przechodnia do innej rzeczywistości. Tam przestaje się być turystą. Oczywiście im wyżej się wejdzie, tym poziom "turystostwa" się zmniejsza. Dlatego tuż pod murem miejskim można się poczuć niczym trzynastowieczny Żyd, czternastowieczny Maur i piętnastowieczny Chrześcijanin w jednym. Lecz jeśli się przejdzie na drugą stronę muru, można się otrzeć o bycie prawdziwym gitano
             Po drugiej stronie muru miejskiego Granady znajduje się przestrzeń wolności z widokiem na Sierra Nevada, Alhambrę i całe miasto. Jednak to nie krajobrazy skupiają większość uwagi, a zamieszkałe przez Cyganów (w sensie mentalnej przynależności) jaskinie. Poza granicą miasta nie obowiązują zasady wewnątrzmiejskie, dlatego ci, którzy nie mają ochoty żyć pod kieratem wspólnego prawa, znajdują sobie w skale wolną jaskinię i tworzą w niej dom. Niestety jest to miejsce tak atrakcyjne, że o wolną jaskinię coraz trudniej. Dochodzi do tego, że mieszkańcy wzgórza muszą zabezpieczać swoje domostwa przed napływem nowych amatorów jaskiniowych zwyczajów.


wejście do jednej z zamieszkałych jaskiń na wzgórzu Sacromonte

            Jak każde mieszkanie, jaskinia ma swoje dobre i mniej dobre strony. Ja myślę sobie o nich w tej chwili jako o miejscu, gdzie niekoniecznie trzeba palić w piecu, by jako takie ciepło w pomieszczeniu utrzymać. Jaskinie maja to do siebie, że latem dzięki chłodowi dają błogie ukojenie, a zimą utrzymują przyzwoitą temperaturę. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy tam żyją. W jaskiniach nie ma ani wody, ani elektryczności, co zdecydowanie utrudnia, jakby się potocznie wydawało, próżniacze życie. Wnętrza jednak potrafią każdego zaskoczyć. Są absolutnie wyposażone i umeblowane, często mają więcej sprzętu niż tradycyjne mieszkania w blokach. W każdym razie na mnie zrobiły spore wrażenie. Niestety nie podzielę się z Wami zdjęciami, ponieważ nie zwykłam upubliczniać życia innych osób. Z resztą będąc w podróży, nie narusza się zasad gościnności i nie wchodzi się z aparatem do czyjegoś prywatnego życia. Za to znalazłam przed chwilą wywiad z dziewczyną, która spędziła na wzgórzu Sacromonte nieco więcej czasu niż ja.


widok z Sacromonte na Alhambrę i Granadę


widok z Sacromonte, w oddali Sierra Nevada





6 komentarzy:

  1. Przyjemny blog, ale jeśli można sobie pozwolić na prywatę, to możesz mi powiedzieć które dwa z trzech miast w Andaluzji: Sewillę, Granadę, Cordobę wybrałabyś mając tydzień na pobyt. Nie chodzi mi wyłącznie o porównanie paru superatrakcji turystycznych, ale klimat miejscowości smakowany np. przy butelce wina.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj:) Zdecydowanie Granadę. Właśnie ze względu na coś w powietrzu, czego jeszcze nie udało mi ubrać w słowa. A drugie... oba ciekawe. Ja robiłam taką rundkę: Granada - Cordoba - Sevilla (autobusami z jednego miasta do drugiego. Szybko i wygodnie). Tylko miałam nieco więcej czasu. Cordoba jest dużo mniejsza od Sevilli, można po prostu do niej wpaść na jeden dzień:) A Sevilla jest boska, tylko jak dla mnie zbyt turystyczna. Zresztą zapraszam do przeczytania mojego ostatniego wpisu, właśnie o niej - może Cię zainspiruje:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję :)Czyli najlepiej byłoby Sevillę, potem w dordze do Granady wpaśc na chwilę do Cordoby. Zamierzam wypożyczyć samochód więc powinienem się wyrobić. Planuję wyjazd w lutym więc chyba Andaluzja nie będzie zawalona turystami a i przesadne mrozy, pomimo globalnego ocieplenia, chyba tez nie grożą. Jeżeli pozwolisz pomęczę Cię trochę jeszcze pytaniami odnośnie nie tyle cenników co klimatów z garkuchni i nie tylko, ale nie chcę nadużywać gościnności :)

    OdpowiedzUsuń
  4. W Granadzie, podobnie jak choćby w Santiago, do refresco podawane jest darmowe tapas. To bardzo ciekawa opcja, ponieważ możesz spróbować wiele smacznych dań (w miniaturowej wersji), płacąc tylko za drinka.
    Jeśli chodzi o tapas w Sevilli, to trzeba za nie płacić, ale polecam jedno wyjątkowe miejsce, w którym, by móc zamówić, trzeba swoje odstać. Jednak serwowane dania są warte czekania. Problem tylko w tym, że za nic nie przypomnę sobie w tej chwili nazwy miejsca, ani ulicy. Będąc w mieście z mapą, trafiłabym tam... no dobrze, ale zapytam kogo trzeba i odpowiem:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Genius loci najlepiej poczuć w barze, więc gdyby kiedyś udało Ci się odgrzebać te namiary byłoby miło. A że życie płata niespodzianki i planowany wyjazd muszę odłożyć do kwietnia mogę spokojnie poczekać. A życie jak zawsze ma rację, bo Hiszpanie lepiej chyba zwiedzac w kwietniu niz lutym, prawda ?

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, to prawda. Już udało mi się dotrzeć do namiarów. Są ukryte w moim najnowszym poście. Zapraszam! :)
    A jeśli chodzi o czas, to myślę, że wiosna i jesień na Andaluzję jest odpowiednia. Jeśli jednak wybór padłby na Północ Hiszpanii, sugerowałabym raczej miesiące letnie.

    OdpowiedzUsuń

Pamiętaj, blog karmi się twoimi komentarzami!
Un blog se alimenta de tus comentarios. ¡Haz uno!
A blog feeds on your comments. Make one!
Un blog nutre i tuoi commenti. Fare uno!
Un blog se nourrit de vos commentaires. Faites un!
Ένα blog τρέφεται με τα σχόλιά σας. Κάντε ένα!
Ein Blog füttert Ihre Kommentare. Machen Sie eins!
ბლოგის ით თქვენი კომენტარი. რათა ერთი!