niedziela, 19 czerwca 2011

festiwal dobrego smaku


          Mija właśnie najsmaczniejszy łódzki weekend w całym roku. Łodzianie mieli rzadką okazję posmakowania skrzydełek i nóżek na szesnaście różnych sposobów. Festiwal Dobrego Smaku, który już po raz ósmy raczył podniebienia degustatorów, przypominał w swej formie słynne Rutas de la Tapa.  Hiszpańskie festiwale smaku są przyjemnością znaną niemal w każdym mieście i cieszą się ogromną popularnością wśród wszystkich mieszkańców. Ale w sumie, jak tu nie cieszyć się specjalnymi daniami serwowanymi z fantazją i za symboliczną cenę?! W Łodzi również degustowaliśmy dania o mniejszej objętości, za to o wyrafinowanym smaku (nie w każdym przypadku, ale z pewnością smakosze się nie zawiedli). W porównaniu z cenami hiszpańskich dań podczas Ruta de la Tapa, ceny łódzkie nie były specjalnie niskie, ale i tak zachęcające do kosztowania. (Dla przykładu: cena dania w Łodzi - 10 zł, cena w Hiszpanii - 2,5 euro, ale w tym wino lub inny napój. Dodawszy aspekt zarobków, Festiwal Dobrego Smaku nadal nie jest świętem powszechnym - a szkoda!). Na korzyść łódzkiego festiwalu przemawia jednak to, że organizatorzy nie ograniczyli się tylko do propozycji degustowania potraw, ale wzbogacili to wydarzenie o różnego rodzaju pokazy, prezentacje, warsztaty,  koncert oraz grę miejską. Dodatkowym atutem była koincydencja czasowa Festiwalu Dobrego Smaku z Festiwalem Kawy, a że jestem kawoszką, bez kawy obyć się nie mogę, a już na pewno nie podczas takiego święta, jakim jest ten festiwal. Szkoda tylko, że my (w Polsce, w Łodzi) płacimy za kawę rzekomo symbolicznie tylko trzy dni w roku, podczas gdy Hiszpanie płacą tyle na co dzień. Ciągle się zastanawiam, czemu kawa w Polsce jest tak droga? Czy nadal uchodzi za towar luksusowy? Przecież nawet we Włoszech espresso rzadko przekracza cenę jednego euro).

          W każdym razie w obu przypadkach - festiwalu czy ruty - restauracjom i kawiarniom chodzi o przekonanie do swojego smaku jak największej ilości gości oraz oczywiście o wygranie konkursu na najlepszy gastronomiczny lokal. Ja również dokonałam wyboru, chociaż z szesnastu dań Festiwalu Dobrego Smaku w Łodzi udało mi się skosztować zaledwie siedmiu. Zdecydowanie optuję za wydłużeniem przyszłorocznego festiwalowego czasu do co najmniej tygodnia.

Oto moje restauracyjne typy:
1. Restauracja Sofa za trójelementowe, wielosmakowe i wyszukane danie. Mimo ponad godzinnego oczekiwania, ta potrawa była doskonałym zwieńczeniem Festiwalu. Ogromny plus za misterność przygotowania tej wieloskładnikowej potrawy oraz bardzo miłą obsługę.


danie w Sofie
(roladka z nóżki z udka kurczaka otulona musem drobiowo podgrzybkowym podana na marmoladzie z cykorii i piance czosnkowej w asyście sakiewki z ciasta filio z serem roquefort)


2. Restauracja Cammino za doskonały sos (ale cóż w nim było?), który zmienił na zawsze moje smakowe wyobrażenie drobiu Ogromny plus za przemiłą i profesjonalną obsługę oraz specjalne podziękowania dla szefa kuchni, który osobiście podał danie i uraczył mnie miłą rozmową (ale już pewnie nie pamięta, bo takich pogawędek musiał odbyć wiele)


danie w Cammino
(wspomnienie z lazurowego wybrzeża)


3. Restauracja Ato Sushi za doskonałą kompozycję smaków: kurczak, tamago (jak się dowiedziałam, to ma w sobie alkohol: choya lub też sake), krem balsamiczny i mandarynki - pyszne! Również tutaj doskonała obsługa. I coś w tym musi być, że jedzenie lepiej smakuje, gdy jest serdecznie i ładnie podane.


danie w Ato Sushi
(kurza nóżka pieczona po koreańsku zawinięta w tamago podawana z salsą mandarynkową)


          A hiszpańską Rutę de la Tapa odbyłam w lutym tego roku w Cartagenie. Było pysznie, tanio i upojnie, (bo wino i brak samochodu). Tegoroczna kartageńska przechadzka po smakach odbywała się dopiero po raz czwarty, ale widać było, że na stałe wpisała się w harmonogram rocznych przyjemności miasta. Miłe było  chociażby popijanie wina ze specjalnie na tę okazję przygotowanych szklaneczek.




A z dań festiwalowych, które miałam okazję skosztować (nie było ich wiele, ponieważ trafiłam tylko na jeden dzień), to to na zdjęciu poniżej. Proszę się przypatrzeć, ponieważ środek tej śmiesznej kanapeczki to również właściciel skrzydełka i nóżki:


danie w Pastelerii Kuss (sorpresa de pollo con salsa de naranja y crujiente de sesamo - kurczakowa niespodzianka z sosem z pomarańczy i kruchym ciastem sezamowym)


oraz to, zaproponowane przez z krwi i kości Kartagińczyka, więc złe być nie mogło:


danie w Podasa Jamaica (pastel de montana a la crema de setas - pasztet górski w sosie grzybowym)


          Na koniec jeszcze mapka IV Ruta de la Tapa de Cartagena 2011. Nietrudno zauważyć, że Hiszpanie robią takie kulinarne święta z ogromnym rozmachem. W festiwalu trwającym dwa tygodnie brało udział 38 barów, a przecież samo miasto ma zaledwie 200 tys. mieszkańców.






          Mapka ze stempelkami, które dostaje się przy zakupie dania, ma o tyle sens, że bierze pod uwagę jako taką wiarygodność głosów. Zagłosować mógł tylko ktoś, kto zebrał przynajmniej 6 pieczątek. W jakiś sposób takie reguły odstraszały nieco chcących jedynie głosować na swoją zaprzyjaźnioną restaurację bez uprzedniego skosztowania również dań z innych miejsc. Może jest to również wskazówka dla przyszłej łódzkiej edycji.




wtorek, 14 czerwca 2011

El último suspiro del moro


           Kiedy w 1492 roku dokonywał się koniec wielowiekowej rekonkwisty, emir Granady, Boabdil, składający klucze do miasta na ręce Królów Katolickich, nie mógł powstrzymać łez. Wtedy jego własna matka mu powiedziała: „Płacz jak kobieta po tym, czego nie potrafiłeś obronić jak mężczyzna” (często to powiedzenie spotyka się w wersji „nie płacz jak kobieta”, ale chyba jednak logiczniej wygląda ta pierwsza).


Alhambra nocą


           Boabdil płakał przede wszystkim po Alhambrze, swoim okazałym zespole pałacowym, który rozpościera się na całym wzgórzu. Płakał on po zamku Alcazaba, po pałacu z licznymi dziedzińcami (w tym najważniejszym Dziedzińcu Lwów – Patio de los Leones), po ogrodach Generalife. To od Alhambry zazwyczaj zaczyna się wizytę w Granadzie, by następnie zawędrować uliczką wzdłuż rzeki do Barrio Albaycín. Ta stara, biała dzielnica przenosi przechodnia do innej rzeczywistości. Tam przestaje się być zwykłym turystą, nawet jeśli pod główny punkt widokowy (mirador de San Nicolás – gdzie kwitnie uliczne życie miasta), podjeżdża się autokarem. Jednak to dopiero długa przechadzka wąskimi uliczkami uchyla nieba. Liczne zakamarki, poukrywane kawiarenki, herbaciarnie i bary. Wszechotaczająca biel z domieszką błękitu, mnóstwem ceramicznych ozdób i kwiatów. Zasada w tym miejscu jest prosta: im wyżej, tym doznania są głębsze i wyrazistsze. Dlatego w najwyższym punkcie, tuż pod murem miejskim, można się poczuć niczym trzynastowieczny Żyd, czternastowieczny Maur i piętnastowieczny Chrześcijanin w jednym. Lecz jeśli się przejdzie na drugą stronę muru, można się otrzeć o bycie prawdziwym gitano.



Alhambra wewnątrz



           Po drugiej stronie muru miejskiego, na wzgórzu Sacromonte, znajduje się przestrzeń wolności z widokiem na Sierra Nevada, Alhambrę i całe miasto. Jednak to nie krajobrazy skupiają większość uwagi, a zamieszkałe przez  ludzi jaskinie. Ci, którzy nie mają ochoty żyć pod kieratem wspólnego prawa, poza granicą miasta znajdują sobie wolną jaskinię i tworzą w niej dom. Niestety jest to miejsce tak atrakcyjne, że o wolną jaskinię coraz trudniej. Dochodzi do tego, że mieszkańcy wzgórza muszą zabezpieczać swoje domostwa przed napływem nowych amatorów jaskiniowych zwyczajów.



widok z Mirador de San Nicolas na Sierra Nevada


          Ze wzgórza kiedyś trzeba jednak zejść, ale w przypadku Granady nie oznacza to końca przyjemności. Schodząc z miradoru w stronę gotycko-renesansowej katedry, mijamy liczne sklepiki i herbaciarnie, gdzie miasto odczuwa się wszystkimi zmysłami. Warto zagubić się w gąszczu uliczek i płynąć swobodnie w ich własnym rytmie. Tam oczy w osłupieniu wpatrują się w dzieła muzułmańskiej architektury, uszy bez znużenia przyswajają egzotyczne dźwięki, nozdrza wdychają zapachy marokańskich przypraw. Jednak największą pokusą jest dotyk. Dotknąć wielowiekowych kamieni, zanurzyć palce we wgłębieniach misternie rzeźbionych ornamentów.



herb Granady, owoc granatu


          Boabdil odszedł ze swego ukochanego miasta, nie oglądając się za siebie. Dopiero na przełęczy, skąd po raz ostatni widać Granadę, odwrócił się i westchnął. To miejsce zostało nazwane „westchnieniem Maura”. Każdy, kto opuszcza Granadę, z pewnością wzdycha jak Maur, któremu odebrano królestwo. Z jedną tylko różnicą. Jemu już nigdy nie będzie dane tam powrócić, nam tak.



Alhambra