czwartek, 29 września 2011

Mistrz rękodzieła


          Nie, to nie żadna tautologia. Jeśli ktoś robi rękodzieło, wcale nie od razu jest mistrzem. Słowo "dzieło" w tym wypadku nie oznacza "czegoś wyjątkowego", żadnej "sztuki", ale w swej etymologii odnosi się  do najzwyczajniejszego w świecie wszelkiego rodzaju "działania". Zatem ten, kto działa sobie ręką, niekoniecznie działa nią sobie na miarę dzieła. Z panem w Almeríi było jednak zupełnie inaczej. Rękodzielnik okazał się mistrzem. Wprawdzie może nie mistrzem swego rękodzieła, ale z pewnością scenografii i urokliwego sposobu bycia, który kazał mu wierzyć, że wystawia na sprzedaż najcenniejsze przedmioty świata. Rozkładał swoje cudeńka w samym środku andaluzyjskiej zimy (bagatela ponad 20 stopni) na pięknej plaży w taki sposób, że nie dało się przejść obok bez zwrócenia uwagi na ten wyborny stragan. Było coś magicznego w sposobie ekspozycji, dobraniu kolorów wyrobów do otaczającego piasku, morza, powietrza. Wszystko wydawało się tak subtelne, ulotne jak delikatny, choć czasem też dość zaczepny wiatr. Pan rękodzielnik stworzył wystawę niczym w muzeum, której nie należało zbyt intensywnie dotykać, a jedynie przyglądać się jej w zachwycie. Bo jak się okazywało przy najmniejszej demonstracji, rękodzielnik używał w swej pracy wyjątkowo delikatnych materiałów. Wszystko było babiego lata nićmi szyte...













rękodzieło na plaży w Almeríi


wtorek, 13 września 2011

Tortilla de patata – fritata


Uwaga, uwaga, uwaga! Udało się! Zrobiłam piękną i pyszną tortillę hiszpańską. Nie to, żebym się jakoś specjalnie chwaliła, po prostu miałam dobry przepis i wielką ochotę. 



tortilla de patatas










W Polsce słowo tortilla kojarzy się nadal z meksykańską cienką matą, trzeba więc jakoś dopowiadać, co ma się na myśli. Mówimy zatem: tortilla hiszpańska, tortilla de patata, tortilla ziemniaczana, a nawet, jak widziałam ostatnio w pewnym filmie, frittata ziemniaczana. Trzeba przyznać, że tłumacz miał fantazję. Stworzył (czy raczej zapożyczył z języka włoskiego) wyraz, który bynajmniej nie ułatwiłby zrozumienia odbiorcy bez znajomości hiszpańskiego. Frittata, czyli coś smażonego (od hiszp. freír  - smażyć, frito - smażony). Wychodzi na to, że frittata to po protu jakaś  zasmażanka, zapiekanka. Oczywiście kuchnia śródziemnomorska zna potrawę o tej właśnie nazwie, krewniaczkę polskiej jajecznicy i francuskiego omletu, i do niej zapewne nawiązywał tłumacz, ale ta zamiast ziemniaczanym, szczyci się głównie makaroniarskim wnętrzem. Wyraz pochodzi z wł. friggere, czyli po prostu smażyć. Więc znów zwał, jak zwał, ważne, że jest smaczne.
Chodzi o tę piękną scenę w filmie Biutiuful, w której ojciec (Javier Bardem) wyczarowuje na talerzu kiełbaski, hamburgery i właśnie tortillę ziemniaczaną. Niestety ta wersja jest oryginalna, ale zachęcam do obejrzenia wersji z napisami.

http://www.youtube.com/watch?v=5MOOMKOojPs&feature=youtu.be




czwartek, 8 września 2011

Jego Wysokość Kalmarek - Chipirón, Chipirones!


          Kiedyś w Padrón zamówiłam smażone kalmary. Jednak zamiast spodziewanych złocistych kółek otrzymałam setki maleńkich panierowanych macek. Oglądałam długo zawartość półmiska, nie mogąc się zdobyć na pierwszy kęs. Ale przecież nie wolno pozwolić posiłkowi, by wystygł, więc nadziałam jednego nicponia na widelec. Potem drugiego i trzeciego... Chrupiące odnóża nie pozwalały na siebie czekać. Pyszne.
          Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że były to kalmary i wielokrotnie próbowałam je gdzieś zamówić, używając tej znanej mi nazwy. Dopiero całkiem niedawno w Almerii mój gospodarz zabrał mnie na tapas tylko dla miejscowych. Niczego nieświadoma (no dobrze, podpytałam się przed złożeniem zamówienia, co tak właściwie dostanę na talerzu) ujrzałam przed sobą maleńkie wijące się macki. To chipirones! Skrupulatnie zapisałam nazwę, by w przyszłości nie gubić się w mrokach kulinarnej niewiedzy. Można też zaskoczyć samych siebie, używając jeszcze innej ich nazwy - maganos
          Ach, kałamarniczki i mątewki (chociaż jesteście innego rzędu głowonogami i różnicie się morfologicznie:)!


chipirones


          Chipirón jest małym kalmarem, czyli ohydnie obłym morskim stworem o dziesięciu mackach. Ponoć tę małą mątewkę  zaczęto smażyć w Kraju Basków, gdzie nazywa się ją txipirón. Z czasem wieść o jej walorach smakowych rozeszła się po całym Półwyspie, więc i sama nazwa także się "skastylizowała". Obecnie często używa się obu określeń - calamares i chipirones - wymiennie. Często jednak rozróżnienie nazewnicze służy do odróżnienia sposobu  przygotowania tego przysmaku. Kalmary to najczęściej duże panierowane kółeczka, z kolei chipirones to małe kalmary smażone w całości. 
          Połowu chipirones dokonuje się głównie latem. Wtedy tłoczą się u portugalskich i hiszpańskich wybrzeży, więc wtedy jest najlepszy czas na ich smakowanie.



chipirones



chipirones


poniedziałek, 5 września 2011

Podróż do granic...


            Piękny to tytuł i piękna książka jednej z moich ulubionych pisarek. Wprawdzie niewiele w niej o Hiszpanii, ale wiele o podróżowaniu. O podróżowaniu trochę dalej niż na plażę i nieco głębiej niż pod wodę. Wczoraj po kilku latach znów zajrzałam do tej małej książeczki i natknęłam się na niegdyś zaznaczony fragment:
Nakładanie się czasu na przestrzeń, ich zrastanie się we wspólny czasoprzestrzenny wymiar to poczucie najsilniej doznawane w drodze. "Morza czarne i martwe" dzielą ludzi siedzących przy tym samym stole, ale więcej niż morza dzieli od świata podróżników, wiecznych wędrowców,dla których pielgrzymka jest życiem i sensem życia, obowiązkiem i powołaniem. Gdy podróżnikiem jest artysta, jego droga pokrywa się z procesem twórczym i w tym sensie biegnie przez sam środek istnienia.
Ale czyż pielgrzyma nie jest w ogóle powołaniem człowieka? U źródła myśli o sztuce jako drodze tkwi idea życia jako wędrówki stanowiąca, szczególnie w kulturze śródziemnomorskiej, podstawę wszelkich mitów, systemów moralnych i dzieł artystycznych. Ideę tę ucieleśnia rozgałęziająca się litera Y i postać człowieka na rozstajach.

             Od razu przeszukałam w myślach swoje albumy ze zdjęciami z podróży i znalazłam taki obraz. Zdjęty niemal dokładnie u kresu kontynentu, na granicy kultur europejskiej i arabskiej, na samym dole Półwyspu Iberyjskiego, w samym jego końcu. Pokraczny Y i ja na rozstaju...


 Almeria