sobota, 28 kwietnia 2012

Bo dworzec to podróż. I już!


         Na początku był dworzec. Od niego bowiem wszystko się zaczyna. Każda podróż o niego zahacza i każda stopa przez niego przechodzi. Tak. Z pewnością dworzec był w zamyśle Pana, kiedy myślał on o świecie. Lecz nie dał go ludziom od razu. Widocznie musieli zasłużyć. Dworzec to w końcu rzecz nie byle jaka. Przez dworce toczą się pociągi i samo życie. Raz wolniej, raz szybciej, raz z opóźnieniem, innym razem z pośpiechem. Czasem od przypadku, a czasem na stałe. Dworzec pomieści każdego, o każdej porze.
         Lubię, kiedy na dworcu... kiedy jestem na dworcu, bo to oznacza podróż. I już!


dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi





dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi



   

czwartek, 19 kwietnia 2012

Tytan architektury - lśniący potwór z Bilbao


       Jeśli uważasz, że sztuka współczesna nie zachwyca, to jesteś w błędzie. Jeśli architektura naszych czasów psuje ci krajobraz, to czas nieco odświeżyć swoją percepcję. Jeśli wierzysz, że liczy się tylko wnętrze, muszę cię rozczarować. Jeśli sądzisz, że pop-art nie może być wielki, to miejsce z pewnością Cię zaskoczy. Nie zajmie to nawet kilku minut. Efekt jest piorunujący. To "efekt Bilbao". Określenie to udowadnia, że kultura i sztuka we współczesnym świecie ma znaczenie i, co więcej, potrafi być lukratywna. "Efekt Bilbao" oznacza również sukces o wiele większym znaczeniu niż sama sztuka. Jeden budynek wystarczył, by osiągnąć wzrost gospodarczy miasta i przyciągnąć do północnego miasta Hiszpanii rzesze turystów. Do miasta, trzeba zaznaczyć, które wcześniej uchodziło za mało atrakcyjne i do tego niebezpieczne.



Mamá by Louise Bourgeois


           Teraz miasta strzegą różne monstra i potwory. Największym jest oczywiście tytanowy smok, ale grozę budzi wielka ciężarna pajęczyca - Mamá Louise Bourgeois. Malowniczo komponuje się na tle swego monumentalnego przyjaciela i z dumą eksponuje swoje przyszłe potomstwo:



Mamá by Louise Bourgeois




Mamá by Louise Bourgeois


          Wystarczył jeden budynek, by wzbudzić wszechobecną euforię. Jeden budynek, ale o gigantycznych rozmiarach. Nie trzeba wytężać wzroku, żeby go zobaczyć. Wielkie tytanowe bryły widać z daleko. Z wielu punktów miasta w słońcu prężą się grzbiety rysowane ręką Franka Gehry'ego. Gdy w pochmurnym Kraju Basków słońca nie ma, dachy Muzeum Guggenheima przybierają innego odcienia. Bez względu na pogodę z budynku emanuje niezwykła moc, a ze względu na nią tytanowe płyty przybierają różne barwy. Mnie udało się spędzić słoneczne dni w Bilbao, więc i ściany budynku odbijają w sobie przejrzystość pogodnego nieba.










            Muzeum Guggenheima to także raj dla artystów popkultury. Pewien ekscentryczny mężczyzna, swego czasu pozujący w wyuzdanych i pornograficznych pozach ze swoją żoną Iloną Staler (małżeństwo trwało niespełna rok, ale było niezwykle owocne), szerzej znaną jako Cicciolina, do własnego projektu Made in heaven, upodobał sobie śliskie i błyszczące materiały. Niektórzy rozpływają się w zachwycie nad kolorami, połyskiem i słodyczą prezentowanych przez niego prac, a do czego one nawiązują, to małym dzieciom raczej nie trzeba nazbyt wcześnie mówić. Ale śmiało można jechać do Bilbao i podziwiać tulipanki:



Tulips by Jeff Koons


oraz uroczego pieska, maleńkiego, bo wykonanego zaledwie z dwudziestu pięciu ton ziemi, siedemdziesięciu tysięcy roślin i stalowego stelaża, szczeniaczka:



Puppy (cachorro) by Jeff Koons


A ciekawskim polecam tekst Krzysztofa Lenartowicz, Smok szalony w Bilbao



    

czwartek, 12 kwietnia 2012

Czekolada – Hiszpanie jednoczą świat

    
          Hiszpania czekoladą płynie. Nie ma w tych słowach wiele przesady. Kiedy otwieram książki hiszpańskich autorów lub te o Hiszpanii, słyszę, jak bohaterowie podnoszą filiżanki z gorącym płynem i powoli go popijają. Słyszę, jak bohaterki dramatów w maleńkich filiżankach mieszają łyżeczkami czekoladę i ze smakiem je oblizują. Jak znad tekstu unosi się znany nam wszystkim aromat. Kiedy jestem w Hiszpanii, na każdym kroku widzę kawiarnie oferujące gorącą płynną czekoladę. Nie boję się więc użyć raz jeszcze tych słów: tak! Hiszpania czekoladą płynie. 


Chocolate con churros / Murcia



           Ale przecież nie było tak zawsze. Wyobraźmy sobie smutne czasy naszych przodków, kiedy w Europie i innych miejscach świata nie znano tego słodkiego afrodyzjaku. Czy potrafimy wyobrazić sobie życie bez czekolady? Z trudnością. A przecież jeszcze parę wieków temu nikt o niej nie słyszał. Ba! Niektórzy nawet, jak usłyszeli, nie chcieli jej zaakceptować. Ale zacznijmy od początku, czyli od początku historii, w której to Hiszpania za sprawą czekolady zjednoczyła świat.



Chocolate con churros / Murcia


           Zatem przypatrzmy się uważnie mapie Hiszpanii. Zjedźmy na samo Południe. Następnie przekroczmy Gibraltar, przepłyńmy cieśninę i Północą Afryki udajmy się na Wschód. Spróbujmy odtworzyć drogę Arabów, którzy ze swymi smakołykami przybyli do Europy w 711 roku. Maurowie dali Europie więcej niż od niej dostali. Pomijając tak ważne nauki, jak matematyka, astrologia czy filozofia antyczna, na stoły mieszkańców Al-Andalus trafiły orzechy, bakalie, migdały, miód, cukier, liczne owoce, warzywa i przyprawy. Niestety wśród tych wszystkich delicji nie znalazła się czekolada.



Chocolate con churros / Murcia


           Zapewne dlatego, że chrześcijanom nadal czegoś istotnego na podniebieniu brakowało, udali się oni w inne rejony globu. I owszem, dotarli. I dostali coś, o czym nawet nie potrafili zamarzyć. Co więcej, nie potrafili docenić daru, jakim uraczyli przybyszów z innego świata Aztekowie. Dla nich czekolada była napojem niezwykle cennym, bo rzadkim, nawet boskim, danym ludziom przez mitologicznego Quetzalcóatla (Majom ofiarowała ją ich bogini Xmucané). Czekolada (w języku nahuatl xocolātl - gorzka woda) służyła celom rytualnym, ale dzięki magicznym właściwościom także niejedno małżeństwo dzięki niej się złączyło. Królewska gościnność Azteków nakazywała dać gościowi to, co najlepsze, dlatego, gdy Hernán Cortés przybył do króla Azteków, ten poczęstował go tym, co najlepsze. Cortés szybko odkrył wartość ziaren kakaowca i w swym dzienniku zapisał: "cuando uno lo bebe, puede viajar toda una jornada sin cansarse y sin tener necesidad de alimentarse" (kiedy ktoś ją pije, może podróżować przez cały dzień bez zmęczenia i bez potrzeby pożywiania się). Mądry konkwistador nie omieszkał skorzystać z gościnności przodków dzisiejszych Meksykanów znacznie bardziej niż oni by sobie tego życzyli i przywiózł królowi Hiszpanii boski napój. Wcześniej już Krzysztof Kolumb z pierwszej wyprawy do Nowego Świata przywiózł ziarenka kakao, ale te gorzkie i o dziwnej aparycji nie zyskały odpowiedniej aprobaty. Dopiero po pewnym czasie w kakaowym naparze zakochały się hiszpańskie kobiety. Dla urozmaicenia smaku lubiły od czasu do czasu dorzucić do tego napoju jakąś przyprawę.



Chocolate con churros / Murcia


             I już zmierzamy do sedna. Kiedy tak kobiety w całej Hiszpanii siedziały w swych fotelach i popijały gorzki płyn, mniszki z Monasterio de Piedra w Saragossie wpadły na zupełnie genialny pomysł, który zrewolucjonizował myślenie o ziarnach kakaowca i stworzył czekoladę. Otóż te zakonnice, by zdzierżyć wielogodzinne modlitwy, przygotowywały sobie przeróżne wspomagacze, eksperymentując i mieszając ze sobą liczne składniki i smakołyki. Aż któregoś razu sprytne siostrzyczki do gorącej czekolady oprócz chilli dodały również cukier oraz cynamon. Tak oto w Hiszpanii w jednej filiżance czekolady zjednoczył się cały świat. Kakao z Ameryki Południowej, arabski cukier, azjatycki cynamon i żądne podniebienie wprost z Europy wystarczyły, by na długie wieki nie zapomniano o czekoladzie. A dziś 12 kwietnia Światowy Dzień Czekolady.

* Za inspirację do napisania tekstu, wiedzę i ciekawy wykład dziękuję pani Pilar Gil Canovas.

     

sobota, 7 kwietnia 2012

Wszystkie drogi prowadzą do Santiago

       
           Jeśli kiedykolwiek zobaczysz taki znak – concha de vieira – na swojej drodze, to znaczy, że znalazłeś się na Camino de Santiago i już nic Cię z niego nie zwiedzie, dopóki nie dotrzesz aż na Plaza del Obradoiro. Ten symbol św. Jakuba można zobaczyć w niemal całej Europie, ale w szczególności w Hiszpanii, która usiana jest różnymi odgałęzieniami Camino de Santiago. Kiedyś takie muszle zbierano na plażach końca ziemi, na Finisterre, gdzie stawiano ostatnie kroki podczas pielgrzymki, rozkoszowano się rajem na ziemi i rozmyślano nad tym, co kryje się za wielką wodą.



ostatnia muszla na trasie – Fisterra



















            Chcesz przejść tę drogę? Ja też. Ale im więcej o niej czytam, tym trudniej mi się zdecydować, którą trasę wybrać. Wydawałoby się, że nie ma o czym rozmyślać, tylko startować z Roncesvalles – miejsca śmierci legendarnego Rolanda – i podążać szlakiem północnym. Co jednak, jeśli marzy się komuś najpierw Sewilla albo Lizbona? To żaden problem, bowiem wszystkie drogi prowadzą do Santiago. Do Santiago de Compostela. Jest to tak oczywiste za sprawą deszczu gwiazd, który niegdyś nawiedził poczciwego Pelayo, dzięki czemu odkryto grób świętego męczennika. Być może ten sam deszcz gwiazd ukazuje się oczom wiernych pielgrzymów i niczym Trzej Królowie nie zgubią drogi, nim nie dotrą do miejsca przeznaczenie – samego serca santiagowskiej katedry, gdzie najprawdopodobniej spoczywają szczątki patrona tego miejsca.



foto by Gosia




foto by Gosia




foto by Gosia



           Na Plaza del Obradoiro, czyli na głównym placu miasta przed katedrą od strony wschodniej spotyka się 6 tras. Są to:

Camino Francés 

         
          Ale to nie wszystkie trasy, jakie istnieją pod ogólnym pojęciem Camino de Santiago. Cały Półwysep Iberyjski spowijają liczne drogi, które łączą się ze sobą niczym dopływy rzek. Dwie trasy portugalskie kończą się w Santiago, do głównej Camino Frances dołącza aż kilka dużych dróg: Camino Aragones, Camino Vasco, Camino de la Plata wiodąca z Kadyksu przez Sewillę. Jest także wiele mniej znanych tras, np. z Madrytu.







          Ale powiedzieć, że wszystkie drogi prowadzą do Santiago, to za mało. Ta najważniejsza prowadzi na koniec ziemi. Tam, gdzie kończy się świat nie tylko materialny, ale i duchowy; gdzie przeplata się świat żywych ze światem zmarłych, gdzie dokonuje się przemiana duszy i ciała. Tutaj, na skałach błogiego Finisterre, pielgrzym ostatecznie żegna się ze swoim brudnym, starym ubraniem i z dotychczasowym grzesznym życiem. Na kamieniach końca ziemi dostępuje oczyszczenia. Na znak tego katharsis pali ubrania, w których dotarł aż tutaj. Na końcu ziemi stare przemienia się w nowe, dokonuje się pełnia, żywot ludzki zmienia swój wymiar.














resztki spalonych ubrań na Finisterre







A w te Święta Wielkiej Nocy życzę wszystkim podróżnikom, by docierali zawsze do kresu swych wędrówek. Zarówno tych materialnych, jak tych duchowych.




 


    

niedziela, 1 kwietnia 2012

Chrystus, kaptur, mantylka i tłumy - Semana Santa w Hiszpanii




Procesja w Granadzie


Jeśli to Święta, to jestem w Granadzie. Albo w Sewilli, albo w Madrycie. Może w Santiago lub w Barcelonie. Kadyks też nie zaszkodzi ani Kordoba. Wpadnę na chwilę też do Malagi i do Toledo, i do Gerony. Niech mnie szlag trafi, jeśli pominę Walencję, Murcję czy Almerię. Jeśli to Święta - Semana Santa - to jestem w Hiszpanii. Bo gdzie indziej jeszcze zachowały się tak tradycyjne, pompatyczne, zarazem mroczne i kolorowe obchody Świąt Wielkiej Nocy? Należałoby powiedzieć Wielkiego Tygodnia, bo w Hiszpanii Święta trwają przez cały tydzień, co w Polsce już nawet z nazwy prawie nie funkcjonuje. I oby tylko obecny strajk generalny nie przeszkodził w tej żywej celebracji tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.


procesja w Granadzie



Chrześcijaństwo wyjątkowo mocno zakorzeniło się w kulturze Europy Zachodniej, a Hiszpania okazała się jednym z najbardziej fanatycznych jego wyznawców. I mimo że przez ostatnie lata nastroje społeczne, polityczne i kulturowe wskazywały na to, że poglądy tradycjonalistyczne wymarły wraz z reżimem Franco i ¡no pasarán!, to kult świętych i huczne obchody Świąt kościelnych mają się nad wyraz dobrze. Nikt do nich nie przymusza, a i tak ciągną nań tłumy. Ba! Nie tylko obchody nie są obligatoryjne, ale jeszcze na czynne uczestnictwo w nich trzeba sobie odpowiednio zasłużyć. Nie dość, że trzeba przygotowywać się do Semana Santa już kilka miesięcy wcześniej, to jeszcze obowiązkowo należy uiścić opłatę za dźwiganie kilkusetkilogramowych platform (los pasos) ku chwale zmartwychwstałego Pana i uciesze wszystkich gapiów. Dla nikogo nie jest jednak ujmą gapienie się na przepyszne procesje. Mimo, zdawałoby się, kiczowatego anturażu, są one nad wyraz piękne i wzruszające. Nie ma się zatem czemu dziwić, że w ciągu całego Wielkiego Tygodnia nie sposób nie natknąć się na procesję w każdym hiszpańskim mieście o każdej porze dnia i nocy. I kiedy choć raz przejdzie się w obok kapeluszników (nazarenos), pokutników (penitentes)  i dam w czarnych mantylkach, nie dziwi, że niekiedy Hiszpanie cały rok czekają na ten właśnie tydzień.


 
El paso podczas procesji w Granadzie


Podstawą kultu jest oczywiście fundament wiary chrześcijańskiej, czyli zmartwychwstanie Chrystusa. Jednak to nie powód do świętowania, a sama jego potrzeba jest istotą święta. Nie należy przypisywać chrześcijaństwu wymyślenia procesji, bowiem początki grupowych pochodów mają swoje korzenie w głębokiej starożytności. Każdemu bogu od zawsze należało się zamroczenie jego wyznawców, bez względu na to, czy było ono wynikiem rytualnych tańców, mordów czy wspólnego ubolewania i okazywania żalu. Teatralność takich widowisk przejawia się w każdym szczególe procesji, począwszy od planowania, układania każdego elementu, przez wytwarzanie strojów, przedmiotów, po udawany płacz hiszpańskich kobiet. Także urozmaicanie drogi ściśle związane jest z teatrem. Na wielkich platformach odgrywane są nowotestamentowe scenki rodzajowe, mające na celu zwizualizowanie choćby męki Chrystusa czy jego wjazd do Jerozolimy w Niedzielę Palmową.






Piękne czarne stroje, koronki, mantylki i grzebienie to nic innego jak wyraz potrzeby teatralizacji połączonej z modą. A gdzie lepiej ją zademonstrować, przedstawić siebie, jeśli  nie w miejscu, gdzie będzie całe miasto? Strojne kobiety udają smutek, pokazując (nie)zamierzenie  swoją zmysłowość i uwodzicielskość. Żałobne kreacje wydobywają z nich tajemniczość tak pożądaną w kulturze Południa.

 

Procesja w Granadzie


Procesje łączą w sobie żałobę ze świętem, smutek z radością, pokutę z przepychem. Żałobnice nie wyglądają żałośnie, a pokutnicy mogą przybierać różne postaci. Raz niosą wszelkie niezbędne atrybuty Święta Wielkiej Nocy, raz podtrzymują wielkie platformy z figurami Jezusa i Matki Boskiej. Raz są skromnie odziani, raz w zdobne szaty. Raz widać bose stopy, raz na wysokich szpilkach. A wszystko w otoczeniu ornamentów ze złota i świateł. Ale kim są ci panowie w kapturach, budzący na pierwszy rzut przerażenie, a później ciekawość? Od głębokiego średniowiecza po ulicach miast chodzili samobiczownicy. Przyjmowali oni jedną z dwóch podstawowych postaw wobec zarazy i przepowiedni o kolejnych końcach świata. W przeciwieństwie do wesołych minstreli, grajków i żonglerów, chcących garściami czerpać z ostatnich dni życia, przyjmowali na siebie cierpienie świata i oddawali się pokucie. Z czasem te wątłe ciała w lnianych pokrwawionych workach zaczęły razić w oczy, a może polityka papiestwa przybrała maskę radości, nie umartwiania się i w XIV wieku Papież zakazał publicznego biczowania się. Więc ludzie, jak to mają w zwyczaju, zaczęli wymyślać sposoby na obejście zakazu. Najlepszym sposobem okazały się wielkie kaptury, które z czasem stały się symbolem biczowników. Chodzą też słuchy, że kaptury nawiązują do pierwszych chrześcijan, którzy musieli ukrywać swe twarze, udając się na zakazane modły.


Procesja w Maladze


Z czasem pokutnicy zaczęli łączyć się w grupy (choć ponoć powstała już w XII wieku), a za jeden z celów obrali sobie przypominanie ludziom o Męce Pańskiej. Od XV wieku bractwa (hermandades) organizują procesje.  Dziś w samej Sewilli jest ponad pięćdziesiąt bractw - nie tylko parafialnych (los cofradias). Każde z nich musi się czymś odróżnić, zatem podczas Semana Santa w całej Hiszpanii można zobaczyć niezliczone kolory kapturów i szat. Oczywiście dominują barwy kościelne i królewskie: purpura, szkarłat, złoto, biel... Każde z bractw przygotowuje swoją własną procesję. Im więcej tragarzy (los costaleros), mężczyzn dźwigających na barkach ciężkie platformy, im zdobniejsze figury Chrystusa i Maryi, tym większe oddziaływanie społeczne i prestiż danego bractwa.



Procesja w Maladze


Procesja jest teatrem. Każdy ruch jest dokładnie przemyślany i przećwiczony. Efekt wielomiesięcznej pracy ma być piorunujący. Ilość nazarenos, costaleros, penitentes jest ściśle określona. Ilość kroków policzona. Tej systematyczności służy bicie w donośne gongi. Miarowym marszem zmierza się zwykle ku sercu miasta, ku katedrze. Procesje często trwają po kilkanaście godzin, a na odpoczynek nie ma ani czasu ani sposobności.



Procesja w Maladze


Bardzo ważnym elementem, tym najbardziej wzruszającym i skłaniającym do modlitwy, jest śpiew. To zawodzące nuty cante jondo - najsmutniejszej i najboleśniejszej odmiany flamenco. Głębokie, przeszywające uszy dźwięki tych pieśni, które są mieszanką muzyki cyganów, żydów, muzułmanów i chrześcijan, dopełniają pięknej mszy odkupienia grzechów całego roku.



Procesja w Maladze




Procesja w Maladze


Wiele ciekawych informacji znajdziecie tutaj.